Gdzie jestem kiedy nie jestem? Czy to ja śnię się wam czy też wy mnie?
Przez lata moi rodzice i społeczeństwo wokół mnie tłumaczyło mi, że "demokracja to najlepsze co nas mogło spotkać i powinniśmy do niej dążyć za wszelką cenę". Mówili mi tak w domu, w telewizji, w szkole i na ulicy. Tak naprawdę jednak, to co oni mieli na myśli pod nazwą "demokracja" znaczyło bardziej "wszystko byle nie komunizm". I tutaj nie mam im tego za złe, bo typowy polak (którego krew również płynie w moich żyłach) zawsze będzie wybierał spośród mniejszego zła.
Poniższy tekst znalazłem w małej broszurce, która trafiło do moich rąk na ostatnim SLOT-cie (tak, znowu o tym SLOT-cie). Broszurka nie przetrwa następnych lat, więc postanowiłem ją sobie przełożyć na format cyfrowy, aby możliwe było jej zachowanie w najbliższej przyszłości. Jak jeszcze kiedyś dopiszę sobie wyszukiwarkę na tym blogu to może nawet ją odnajdę, eh.
Wydawcą broszurki jest "Reformacja w Polsce".
Można się nie zgadzać, ale będąc uczciwym i bez kontrargumentów nie można jej ot tak po prostu zignorować, a tym bardziej, że spośród wielu artykułów o podobnej treści tutaj jest to w miarę prosto i zwięźle opisane.
Kontynuuję tradycję poznawania tajemniczych słów. W tym roku w drodze na urlop czytałem książkę, w której główny bohater w pewnym momencie posłużył się niemieckim słowem Waldeinsamkeit. Z internetów dowiedziałem się, że:
Waldeinsamkeit – oznacza poczucie osamotnienia w lesie.
Znam to uczucie i bardzo je sobie cenię. Przypuszczam również, że w języku niemieckim wyraża znacznie więcej niż to jak jesteśmy w stanie określić je po "naszemu". W niedługim czasie wybiorę się po swoje Waldeinsamkeit czego i Tobie życzę.
Uczestniczę właśnie w warsztatach Sokrates Cafe na SLOT-cie. Na jednej ze ścian znalazłem coś takiego:
Google wie wszystko, ale polak wie lepiej.
Po prostu nie wiem jak z tym dyskutować? :-)
Już po raz trzeci wybywamy jutro na SLOT. Pisałem o festiwalu tutaj i tutaj. W tym roku do Lubiąża zaglądamy tylko na 4 dni. Nie oszukujmy się, w zeszłym roku – po prawie tygodniowym maratonie – powróciliśmy bardzo szczęśliwi, ale przy tym również bardzo zmęczeni. Tym razem jedziemy lepiej przygotowani z wcześniej ustaloną listą warsztatów oraz szkoleń, w których chcielibyśmy wziąć udział. Na miejscu widzimy się również z Krzyśkiem i Anią, a także z Kacprem, którego poznałem niedawno (notabene przez ten blog!) i nie mieliśmy okazji porozmawiać "w realu". Zapowiada się ciekawie, jak zawsze.
